Lot numer 016 Polskich Linii Lotniczych LOT z amerykańskiego Newark do Warszawy miał zgodnie z planem potrwać osiem godzin. Maszyna z 231 pasażerami oraz członkami załogi na pokładzie była spodziewana w stolicy Polski krótko po godzinie trzynastej czasu lokalnego. Rejs ten obsługiwał flagowy samolot przewoźnika, Boeing 767 o znakach rejestracyjnych SP-LPC, a za jego sterami zasiadali kapitan Tadeusz Wrona oraz drugi pilot Jerzy Szwarc. Obaj należeli do absolutnej elity lotników, ponieważ tylko takim powierzano rejsy transatlantyckie. Jak wykazało późniejsze dochodzenie, krótko po oderwaniu się od ziemi doszło do poważnej awarii układu hydraulicznego. Podczas chowania kół pękł przewód doprowadzający płyn hydrauliczny. Załoga postanowiła kontynuować rejs do Warszawy, mając wystarczająco dużo czasu na powiadomienie centrali i przeanalizowanie procedur awaryjnych, zakładających między innymi wysunięcie podwozia przy użyciu zapasowych siłowników elektrycznych.
Podróżni o problemach technicznych usłyszeli na samym końcu i początkowo zachowali duży spokój. Kiedy jednak napięcie na pokładzie zaczęło rosnąć, wielu pasażerów chwytało się za ręce i głośno modliło. Sytuacja stała się krytyczna kilkanaście mil przed warszawskim Okęciem, gdy posłuszeństwa odmówiły również awaryjne systemy elektryczne.
„Ani drgnęły” - meldowali o klapach podwozia piloci wojskowych myśliwców F-16, którzy wystartowali z bazy w Łasku, aby z bliska ocenić stan cywilnej maszyny.
Boeing 767 krążył w powietrzu jeszcze pół godziny po planowanym czasie przylotu, a kapitan Tadeusz Wrona przygotowywał się do najtrudniejszego manewru w swojej karierze, czyli posadzenia maszyny bez kół. W tym dramatycznym momencie nieoceniona okazała się jego wieloletnia praktyka szybownicza. Swoją przygodę z lotnictwem zaczynał właśnie od szybowców w wieku szesnastu lat i odnosił w tej dyscyplinie liczne sukcesy zawodnicze. Z powodu tej pasji porzucił studia w Zielonej Górze na rzecz pilotażu na Politechnice Rzeszowskiej, by ostatecznie związać się zawodowo z Warszawą. Zdobyte w młodości nawyki okazały się kluczowe podczas awarii nad stolicą.
- Szczęście w nieszczęściu, że trafiło na tego pilota - ocenił później emerytowany pilot PLL LOT kapitan Lech Kasprowicz. - Oprócz tego, że to doświadczony pilot i wyjątkowo spokojny człowiek, to jeszcze doskonały szybownik. To tutaj miało pierwszorzędne znaczenie! Samolot wylądował precyzyjnie jak szybowiec.
Eksperci byli w tej kwestii całkowicie zgodni, ponieważ szybowce bardzo często muszą lądować w przygodnym, nieznanym terenie. Wymaga to idealnego podejścia, gdyż każde zahaczenie o ziemię skrzydłem, dziobem lub ogonem grozi rozbiciem maszyny. W międzyczasie służby naziemne w Warszawie zdążyły odpowiednio zabezpieczyć lotnisko na przyjęcie samolotu SP-LPC. Na drodze startowej numer 33 ułożono dwa specjalne pasy piany gaśniczej, po których miał sunąć kadłub lądującego samolotu.
„Lądujemy” - zdecydował kpt. Wrona, wspominając te chwile dla gazety Viva. „To nie było tak, że lecimy, lecimy i nagle buch o ziemię. Musiałem wymierzyć precyzyjnie, żeby samolot bez przechyłów dotknął pasa startowego. Gdyby wystąpiły podmuchy wiatru, to mogło nas z tego pasa po prostu zwiać. Ale warunki pogodowe były dobre. Dostaliśmy więc ten łut szczęścia, który nam pomógł wylądować.”
Dramatyczną akcję na Okęciu śledziły nie tylko zmobilizowane służby ratunkowe, ale także dziesiątki reporterów, którzy na żywo relacjonowali to wydarzenie. W historii lotnictwa jeszcze nikt wcześniej nie posadził na ziemi Boeinga 767 ze schowanym podwoziem. Dziennikarze od razu porównali wyczyn Polaka do słynnego „cudu nad rzeką Hudson” ze stycznia 2009 roku, kiedy to Airbus A320 stracił oba silniki po zderzeniu ze stadem dzikich gęsi i wodował na rzece, w wyniku czego nikt nie zginął, ale około stu pasażerów odniosło obrażenia.
Warszawska operacja zakończyła się jeszcze większym sukcesem, bo kapitan Wrona idealnie przyziemił maszyną na pianie i choć zapalił się jeden z silników, to żaden z pasażerów nie odniósł najmniejszych obrażeń. „Nie czułem różnicy, było tak jak zawsze” - mówili ludzie, którzy lecieli samolotem. Poważnym uszkodzeniom uległ natomiast sam samolot, z którego po wypadku wymontowano jedynie sprawne podzespoły. Po upływie kilkunastu miesięcy pocięty kadłub maszyny został ostatecznie zezłomowany.
„To tylko samolot” - mówiono powszechnie. W kraju wybuchła prawdziwa „Wronomania”, a prezydent Bronisław Komorowski uhonorował pilota Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Sam kapitan przyjmował te niezliczone wyrazy uznania z wyjątkową skromnością i opanowaniem. Niestety w późniejszych latach życie prywatne bohatera z Okęcia naznaczyła ogromna rodzinna tragedia. W grudniu 2024 roku w wieku czterdziestu lat po walce z białaczką zmarł jego syn Mikołaj, który również pracował jako pilot.
Przy tworzeniu tekstu wykorzystano między innymi informacje z artykułu Piotra Karwińskiego „LOT16, bez podwozia - czternasta rocznica”, który ukazał się na łamach portalu dlapilota.pl.