Spis treści
Początek w kabinach „Love is Blind: Polska” wzbudził mieszane uczucia
Regularnie śledzę kolejne sezony "Love is Blind" z różnych stron świata, zdecydowanie preferując wersje europejskie. W przeciwieństwie do amerykańskiej edycji skupionej na zasięgach w social mediach, na Starym Kontynencie wciąż liczy się prawdziwa walka o miłość. Z tego powodu przed premierą polskiej edycji miałam równie duże oczekiwania, co obawy dotyczące ostatecznego obrazu naszych rodaków przed kamerami.
Początkowo uczestnicy zamknięci w kapsułach zrobili na mnie pozytywne wrażenie, prezentując się jako ludzie z bagażem doświadczeń, którzy szczerze walczą o swoje szczęście. Niestety, moje nastawienie zmieniło się, gdy porównałam nasz sezon z amerykańskim odpowiednikiem oraz trzecią edycją szwedzką. Szybko zdałam sobie sprawę, że polskie kabiny potraktowano po macoszemu na etapie montażu, skupiając się niemal wyłącznie na parach planujących zaręczyny. W innych krajach widzowie mogli poznać także pozostałych uczestników, a same rozmowy w kapsułach zajmowały znacznie więcej czasu antenowego.
Dalsze etapy „Love is Blind: Polska” mocno rozczarowały
Liczyłam na to, że wspólne wakacje, przygotowania do ślubów i same ceremonie zrekompensują niedociągnięcia z początku programu. Moje odczucia okazały się jednak zupełnie inne. Odniosłam wrażenie, że ze względu na braki w materiale i pominięcie istotnych scen, wiele rozmów zostało całkowicie wyrwanych z kontekstu. Relacje, które na ekranie wydawały się błahe i powierzchowne, w rzeczywistości obfitowały w poważne dylematy. Utwierdziłam się w tym przekonaniu podczas oglądania przygotowań do ślubu i spotkań w szerszym gronie.
Największe zniesmaczenie wywołało u mnie jednak zachowanie rodzin niektórych uczestników. Nie mam tu na myśli bliskich Filipa, którzy po prostu skorzystali z prawa do odmowy udziału w show. Mowa o rodzinie Julki, która została przedstawiona w wyjątkowo niekorzystnym świetle, co spotkało się z ogromną falą krytyki ze strony internautów. Trudno w tym przypadku zrzucić winę wyłącznie na magię telewizyjnego montażu. Same uroczystości ślubne oceniam natomiast neutralnie – były ładnie przygotowane i estetycznie sfilmowane.
Reunion „Love is Blind: Polska” pozostawił spory niedosyt
Odcinek specjalny miał być okazją do wyjaśnienia wszystkich wątpliwości i niedomówień. Niestety, na kanapach zobaczyliśmy jedynie główne pary z prowadzącymi, a jedynym gościem specjalnym okazała się Kinga. W zagranicznych edycjach standardem jest zapraszanie singli, rodzin i publiczności, co w polskim formacie mogłoby rzucić zupełnie inne światło na niektóre konflikty. Ogromne wątpliwości budzi u mnie również nieobecność Marty i Damiana – to sytuacja bez precedensu w historii programu.
Mój główny zarzut kieruję jednak w stronę gospodarzy show. Oczekiwaliśmy charyzmatycznej pary, która wykaże się empatią, ale jednocześnie potrafi zadawać trudne pytania. W rzeczywistości dostaliśmy prowadzących, którzy zupełnie nie pasowali do formatu i sprawiali wrażenie, jakby czuli się niekomfortowo w swoich rolach. Ich interakcje często wydawały się sztuczne i wymuszone, a widzowie nie doczekali się zgłębienia najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych tematów.