Sanatorium Miłości - o co chodzi?
"Sanatorium miłości" to popularny program rozrywkowy Telewizji Polskiej Jedynki, emitowany nieprzerwanie od 2019 roku. Format koncentruje się na losach dojrzałych uczestników powyżej sześćdziesiątego roku życia, którzy pragną przełamać samotność, odnajdując nowe przyjaźnie bądź miłość. Produkcja śmiało również obala stereotypy dotyczące intymności w starszym wieku. Seniorzy spędzają kilka tygodni w urokliwej scenerii uzdrowiskowej, biorąc czynny udział w zajęciach integracyjnych, sportowych oraz artystycznych. Niezmienną gospodynią programu jest Marta Manowska, pełniąca rolę zaufanej prowadzącej oraz powierniczki doświadczeń bohaterów. Każdy sezon wieńczy elegancki bal finałowy, na którym w tajnym głosowaniu kuracjusze sami wybierają „Króla oraz Królową Turnusu”. Tytuły te, będące wyrazem największego szacunku grupy, przyznawane są za empatię, a nie koniecznie tworzącej się parze.
Paweł podbija Sanatorium Miłości
Paweł ze Sławna (woj. zachodniopomorskie) to uczestnik ósmej edycji programu "Sanatorium miłości", emerytowany mechanizator rolnictwa, który w przeszłości z sukcesem prowadził hurtownię chemiczną. Był żonaty przez 38 lat. Jest bardzo aktywnym społecznikiem, który pełni funkcję prezesa Związku Kombatantów i Inwalidów Wojennych oraz działa jako państwowy inspektor ds. nadzoru nad zwierzętami. Jego największe pasje to sporty wodne, takie jak kajakarstwo i morsowanie.
Paula Dąbrowska VOX FM: Skąd pomysł na udział w "Sanatorium Miłości"?
- Paweł Łoziński: Zaproponował mi to historyk, jeden z trzech kolegów, z którymi działam w Związku Inwalidów Wojennych. Zapytał: „A może byś chciał? To fajna przygoda”. Powiedziałem więc: „Dobrze, spróbuję, zgłoszę się”. W żadnym wypadku ani podczas wcześniejszych wywiadów, ani później na castingu, nie miałem tremy. Ani razu nie nastawiałem się, że dostanę się do tego programu, bo chętnych było wielu. Nigdy o nic nie pytałem, a wszystko toczyło się swoim trybem. Dla mnie to też była przygoda: tu wywiad z psychologiem, tam odpowiedzi na różne pytania, aż wreszcie sam casting w Warszawie.
Jak wyglądał casting?
- Byłem umówiony na konkretny dzień i godzinę. Dostałem przepustkę i miałem opiekuna, który mnie wszędzie wprowadził. Czekałem na swoją kolej, a sam casting polegał na osobistej rozmowie.
Co pana zaskoczyło w programie?
- Wielką niespodzianką były dla nas codzienne plany. Mieliśmy kontakt z naszą prowadzącą i opiekunką, która na grupę na WhatsAppie wysyłała nam informacje, jak mamy być mniej więcej ubrani. Dostawaliśmy wiadomości, że mamy się spotkać o określonej porze, wtedy podłączano nam mikroporty i czekaliśmy na wyjazd lub na nagrania na terenie naszego pięknego sanatorium. Poza nagraniami mieliśmy trochę wolnego czasu. Rano było śniadanie, a po nim przygotowania zgodnie z otrzymanymi wskazówkami co do ubioru - czy to na sportowo, czy na galowo. Następnie spotykaliśmy się i czekaliśmy na wyjazd. Po powrocie lub po nagraniach na miejscu był obiad, a po obiedzie znowu mieliśmy jakieś zajęcia. Dzień był wypełniony spotkaniami i nagraniami, bardzo urozmaicony.
A jak na początku zareagowali bliscy na udział w programie?
- To małe miasteczko. Na początku się z tym nie afiszowałem, dopiero później komuś wspomniałem, że się wybieram, że byłem na jakichś wstępnych rozmowach i może coś z tego będzie, ale nic pewnego. Ci, którzy wiedzieli, później dopytywali. Nie było jakichś szczególnych reakcji, może pojawiły się jakieś zazdrosne komentarze w stylu: „A gdzie ty tam się pchasz?”. Natomiast moja rodzina długo nie wiedziała, bo się tym nie chwaliłem. Opowiadałem tylko mojej siostrze Barbarze, a ona na to: „Tak, tak, idź, zobaczysz, to świetna przygoda. Może będzie dobrze, może spotkasz jakąś dobrą duszę. Idź w to”. Pozostałe rodzeństwo, gdy się dowiedziało, też zareagowało pozytywnie: „O, fajnie, świetnie, brawa za odwagę!”. Pójść na takie nagrania to jednak wyzwanie, każdy ma tremę. A ja byłem i później pytali tylko: „Co, jak tam, dałeś radę?”. Odpowiadałem: „Dałem radę, byłem do końca i było świetnie”.
A jak zareagowali mieszkańcy miasta po ogłoszeniu, że wystąpi pan w programie?
- Teraz wielu ludzi się cieszy. Kiedy mnie spotykają, mówią: „O, fajnie, będziemy cię oglądać, super, że tam jesteś”. Ktoś, kto kiedyś nie oglądał, teraz będzie, więc spodziewam się sporego zainteresowania i wielu widzów przed telewizorami. Oczywiście, jest też grupa zazdrośników. Nawet w moim „gnieździe”, wśród moich byłych pracownic, do których zawsze byłem grzeczny i uczciwy. Dużo je uczyłem w pracy dokładności i uprzejmości. Prowadziłem hurtownię, gdzie był handel i kontakt z ludźmi, więc zawsze im powtarzałem: „Pamiętaj, najpierw reprezentujesz siebie, potem mnie, a na końcu firmę”. I faktycznie, gdy te pracownice trafiały do innych zakładów, miały w sobie tę solidność.
Wspomniał pan o tym, że był pan nękany w dzieciństwie. Opowie pan dokładnie, o co chodziło?
- To działo się w naszej miejscowości, w szkole. Zdarzały się docinki ze strony niektórych kolegów, takich bardziej agresywnych, którzy mi dokuczali: „O, mama Niemka, Niemka”. Gdzieś tam mamę widzieli i tak rzucali. Moja piękna mama, którą tata sobie wybrał, została tutaj po wojnie, pracowała i tak się spotkali… Koledzy nieraz mi przez to wszystko dokuczali. Jednak byłem chłopakiem, który nie był słaby czy lękliwy. Gdy mi dokuczali albo mnie gdzieś szarpali, nie poddawałem się, tylko stawałem z nimi do wymiany zdań albo dochodziło do szarpaniny. To jednak nie było aż tak mocne, nie było dla mnie bardzo drażniące. Takie dziecięce wybryki, typowe dla naszego małolackiego wieku. Po prostu sobie dogadywali. Tak samo jak innego chłopaka nazywali „Laluś”, innemu wypominali, że jest wypasiony czy bogaty, albo że skoro jego mama pracuje na wysokim stanowisku, to na pewno ma podciągane oceny i jest faworyzowany przez nauczycieli. My byliśmy tacy średni. Ale to naprawdę mnie nie obciążało, nie ma co się tym przejmować.