Spis treści
Tomasz Kot nalewał alkohol z karabinów maszynowych w stroju gangstera
Wyobraźmy sobie Polskę końca lat 90. Pod klub nocny podjeżdża czarna limuzyna, z której wysiada dwóch mężczyzn w długich, ciemnych płaszczach, dzierżąc w dłoniach coś, co wygląda na karabiny maszynowe. To nie scena z filmu gangsterskiego, a początek pracy Tomasza Kota, który jako student dorabiał w ten niecodzienny sposób. Cała akcja była starannie zaplanowaną promocją alkoholu, gdzie Kot i jego koledzy mieli odegrać swoje role. Największy sekret krył się jednak pod ubraniem, bo pod płaszczami mieli ukryty skomplikowany system rurek połączony z butelkami alkoholu, który po podłączeniu do atrap broni pozwalał serwować trunek prosto z lufy, tworząc iście wybuchową mieszankę marketingu i teatru.
Wchodzi dwóch ludzi z takimi krótkimi karabinami maszynowymi, ubrani są w długie płaszcze, to jest wszystko widoczne. Samochód podjeżdża, jakaś taka czarna duża limuzyna, wchodzimy, obchód knajpy. (...) Wiesz, to był 98 rok, graliśmy że wchodzi boss, i to był nasz kolega z roku i dwie tancerki. (...) Jak one tańczyły, podpinaliśmy specjalne rurki pod kolbę, bo pod płaszczami były litry wódki. Te karabiny były tak zrobione, że kto sobie życzy, to mu z lufy się lało." - wspomina Tomasz Kot
Tomasz Kot był zdziwiony reakcją klientów klubu
Choć pomysł wydawał się genialny w swojej prostocie, jego wykonanie okazało się marketingową katastrofą. Jak wspominał Tomasz Kot w rozmowie z Marcinem Millerem w programie "Mellina" w EskaROCK, był kompletnie zaskoczony reakcją ludzi, którzy w realiach 1998 roku nie odczytali tego jako żartu. Zamiast entuzjazmu i dobrej zabawy, na sali zapadała grobowa cisza, a goście wpadali w autentyczny paraliż ze strachu.
Aktor opowiadał, że ludzie zamiast krzyczeć czy się śmiać, próbowali stać się niewidzialni, dosłownie przyklejając się do ścian, by uniknąć konfrontacji z „gangsterami”. Ta przedziwna, pełna napięcia atmosfera sprawiła, że cała inscenizacja okazała się nie tyle brawurową promocją, co lekcją na temat ludzkiej psychiki i granic dobrego smaku.
Aż mi wstyd teraz, aż mi głupio. Pierwszy wieczór poszedł w miarę sprawnie, ale ludzie mieli taką reakcję, nie było nigdy krzyków, tylko był taki paraliż i cisza. Ja temu się dziwiłem, bo myślałem, że to będzie jakieś takie zamieszanie powstanie. A było coś takiego, że wchodzimy z kolegą Dawidem do lokalu i na przykład ludzie, którzy wychodzą, udają, że ich nie ma i w ciszy się na przykład przykleją do ściany. To było takie przedziwne uczucie.