Trzeci rejs dookoła świata w karierze
Kapitan Krzysztof Baranowski w czerwcu skończy 88 lat, ale wciąż nie rezygnuje z wielkich wyzwań. Kilka miesięcy po śmierci swojej żony, legendarnej spikerki telewizyjnej Bogumiły Wander, zdecydował się na kolejną samotną wyprawę dookoła globu.
Do tej pory dokonał tego wyczynu dwukrotnie – w latach 1972–1973 oraz 1999–2000. Trzeci rejs rozpoczął w połowie listopada 2025 roku, kiedy wypłynął z Teneryfy. Aby spełnić marzenie, potrzebował jednak wsparcia internautów, którzy wpłacali środki na jego wyprawę.
Przeczytaj także: Wdowiec po Wander zebrał ponad 100 tys. zł! 87-letni Baranowski już wie, na co wyda te pieniądze
Baranowski opowiedział o swojej wyprawie. Napotkał trudności
Kapitan Krzysztof Baranowski w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" opowiedział o realiach życia na pokładzie. Jak przyznał, jednostka, na której płynie, nie jest w pełni przystosowana do tak wymagającej wyprawy.
To jacht regatowy na zatokę, nie na ocean. Czuję się na nim jak na młodym źrebaku. Skacze na falach. Jest bardzo lekki, szybko pływa, ale trudno go utrzymać na kursie. (...) Właściciel i konstruktor chciał maksymalnie oszczędzić na pieniądzach i na wadze. Na jachcie nie było wiatromierza, echosondy ani właściwie żadnych urządzeń pomocniczych. Trzeba było dobudować elektronikę i część systemów nawigacyjnych. Są też problemy z energią. Prądu jest mało, a urządzenia go potrzebują
- powiedział w rozmowie z gazetą.
Problemem okazuje się również zasilanie urządzeń na pokładzie.
Starlink i lodówka potrafią w nocy wyczerpać baterie do zera. Ładuję je z paneli słonecznych i generatora wiatrowego, ale kiedy nie ma słońca ani wiatru, zostaje tylko silnik. Wtedy włączam alternator, żeby doładować akumulatory, ale to oznacza spalanie paliwa, którego też nie mam dużo
- mówi kapitan Baranowski.
To najtrudniejszy rejs w karierze Baranowskiego
Powiedziałbym, że jest najtrudniejszy. Po pierwsze dlatego, że jacht nie jest do tego przeznaczony. Po drugie, parametry elektryczne nie są najlepsze. Po trzecie, zbiorniki są małe. No i po czwarte - ja mam swoje lata
Baranowski nie ukrywa też, że na oceanie towarzyszy mu ogromne napięcie.
Nie obawiam się. Ja umieram ze strachu. (...) Każdego dnia, kiedy wychodzę na burtę za potrzebą, trzymam się rękami wszystkiego, co jest pod ręką. Bo jeśli puszczę uchwyt, to mnie nie ma. A chodząc po pokładzie, każdy krok stawiam z myślą, że jeśli zrobię go źle, to już mnie nie ma. Uprzężą przypinam się tylko w bardzo ciężkiej pogodzie. W uprzęży człowiek czasem czuje się zbyt pewnie. A kiedy wie, że jest wolny, bardziej uważa.
- wyznał w rozmowie z "Gazetą Wyborczą"
Obecna wyprawa ma dla Baranowskiego również osobisty wymiar. To podróż, którą rozpoczął po śmierci swojej żony, Bogumiły Wander. Dla kapitana to nie tylko kolejna próba żeglarskich umiejętności, ale też sposób na zmierzenie się z żałobą i powrót do tego, co od zawsze było jego największą pasją - morza i wolności na oceanie.