Po osobistej tragedii Bohdan Smoleń uciekł od ludzi. Ratunek odnalazł u boku koni

Na scenie sprawiał, że cała Polska płakała ze śmiechu. Gdy w jego życiu wydarzyła się niewyobrażalna tragedia, Bohdan Smoleń zniknął, by w ciszy szukać ukojenia. Znalazł je nie wśród ludzi, a w miejscu, gdzie nikt nie wymagał od niego, by był zabawny.

Człowiek wyjęty z własnego życia

Był moment, w którym Bohdan Smoleń, gigant polskiej sceny kabaretowej, po prostu zgasł. Po tym, jak w ciągu zaledwie roku stracił 16-letniego syna i żonę, życie przestało przypominać cokolwiek, co znał. Ci, którzy widzieli go w tamtym czasie, wspominali później, że poruszał się jak człowiek "wyjęty z własnego życia". Ikona komedii, artysta, który jednym gestem potrafił wywołać salwy śmiechu, zamknął się w sobie. Gwar estrady, oklaski publiczności i światła reflektorów stały się nieznośnym hałasem. Potrzebował czegoś innego – ciszy tak gęstej, by mogła zagłuszyć wspomnienia.

Tam, gdzie łatwiej było mu z końmi niż z ludźmi

Ucieczka stała się jedynym rozwiązaniem. Smoleń porzucił dotychczasowe życie i wyprowadził się na wieś, do niewielkiego Baranówka. To nie była tylko zmiana adresu, ale świadoma decyzja o odcięciu się od świata, który kojarzył się z bólem. Jak celnie ujął to po latach jego przyjaciel, Zbigniew Górny, w rozmowie z PAP, artysta "uciekł w samotność". W tej nowej, wiejskiej rzeczywistości odnalazł towarzystwo, które nie zadawało pytań i nie oczekiwało uśmiechu. Górny dodawał, że po tragediach Smoleniowi "bardziej po drodze było ze zwierzętami niż z ludźmi". Ta prosta prawda stała się fundamentem jego nowego początku.

Ratunek, który przyszedł z pomocą innym

Właśnie tam, w Baranówku, wśród pól i zwierząt, narodził się pomysł, który miał stać się dla niego formą autoterapii. Smoleń założył Fundację Stworzenia Pana Smolenia – ośrodek, w którym prowadził hipoterapię dla dzieci z porażeniem mózgowym i trisomią. Praca z końmi i spotkania z dziećmi, które każdego dnia toczyły własną, cichą walkę o sprawność, pozwoliły mu nadać życiu nowy, delikatny sens. To właśnie tam, w miejscu stworzonym, by pomagać innym, komik odnajdywał, jak podawał materiał źródłowy, "choć odrobinę spokoju".

Więcej niż terapia, mniej niż zapomnienie

Fundacja nie była magicznym lekarstwem na ból, który nosił w sobie do końca. Była jednak próbą przekucia niewyobrażalnej straty w coś dobrego. Pomagając dzieciom, Smoleń tak naprawdę próbował ratować samego siebie. Realizował to, co w nim tkwiło najgłębiej – "potrzebę dawania dobra". Choć jego życie nigdy już nie wróciło na dawne tory, a kolejne lata przyniosły chorobę i cierpienie, to właśnie ten cichy azyl w Baranówku pozostaje jednym z najważniejszych rozdziałów jego historii. Rozdziałem o człowieku, który w najciemniejszej godzinie odnalazł resztki światła w pomaganiu tym, którzy potrzebowali go najbardziej.

Grób Bohdana Smolenia. Niezapomniani