Spis treści
Tobiasz Fejdasz a The Voice of Poland i Must Be The Music
Tobiasz Fejdasz jest znany fanom "The Voice of Poland". Wystąpił on w 9. edycji tego show - zachwycił jurorów w "Przesłuchaniach w ciemno" swoim wykonaniem utworu "Home". Choć odpadł w bitwach, wiele osób dalej mu kibicowało. Jak wspomina ten występ po latach?
Paula Dąbrowska, VOX FM: Ponad 7 lat temu brałeś udział w The Voice of Poland. Z perspektywy czasu, jak wspominasz ten program?
Tobiasz Fejdasz: To było moje pierwsze zetknięcie z programem telewizyjnym i przede wszystkim moje pierwsze pojawienie się na „dużym ekranie”. Oczywiście wspominam to doświadczenie pozytywnie. Udało mi się dotrzeć do odbiorców, których wcześniej nie miałem aż w takiej liczbie. Wiele osób dowiedziało się o moim istnieniu - zarówno jako człowieka, jak i muzyka. To było naprawdę miłe, że nagle to zainteresowanie skoczyło w górę. Minęło już siedem lat i od tego czasu wiele się zmieniło, ale to był taki mój pierwszy krok w kierunku muzyki „na poważnie”. Po prostu dobrze wspominam ten okres.
Masz dalej kontakt z uczestnikami?
- Jeśli chodzi o tamte lata, to znajomości, które udało się zawrzeć w trakcie trwania programu, nadal trwają. Czasem spotykamy się w różnych miejscach i to jest bardzo miłe, że ten muzyczny świat jest tak skonstruowany - większość ludzi po prostu się ze sobą zna. Te znajomości umożliwiły mi też później realizację różnych innych projektów.
A z trenerem Michałem Szpakiem?
- Z Michałem mamy się w znajomych na Facebooku, natomiast nie utrzymujemy stałego kontaktu. Ja śledzę jego poczynania, aczkolwiek jeśli chodzi o drugą stronę, to nie mam żadnych informacji na ten temat.
Tobiasz Fejdasz a casting do Must Be The Music
Obecnie startujesz w Must Be The Music. Okazało się, że w twoim odcinku pojawił się Maks, którego znasz… z The Voice of Poland. Spotkaliście się na castingu?
- Z Maksem spotkaliśmy się już na pre-castingu do „Must Be The Music”. To jest właśnie jedna z tych osób, które dobrze pamiętam z „The Voice”, ponieważ byliśmy w jednej edycji, a nawet, o ile dobrze pamiętam, w jednej grupie nagraniowej. Mimo że byliśmy w innych drużynach, nasz kontakt gdzieś tam przetrwał i przez te siedem lat wciąż obserwowaliśmy się na Instagramie. Poznaliśmy się bez problemu na precastingu w Katowicach, a później zupełnie z zaskoczenia obaj zdziwiliśmy się, że będziemy w tym samym odcinku. Na szczęście zarówno Maksowi z zespołem, jak i mnie udało się przejść dalej. To była taka ciekawa „powtórka z rozrywki” - zobaczyć się w tym samym odcinku po tylu latach.
Niektórzy uczestnicy The Voice of Poland wracają do tego formatu po latach. Ty postanowiłeś iść inną drogą. Dlaczego?
- Myślę, że przede wszystkim chodzi o to, że w programie „Must Be The Music” daje się uczestnikom dużą swobodę działania. Mam na myśli chociażby możliwość zaprezentowania utworu, który się kocha, czy pokazanie własnej muzyki w aranżacji, którą się po prostu stworzyło bez żadnych ograniczeń. To jest chyba największy plus tego programu. Poza tym format powrócił po kilku latach nieobecności na antenie. Kiedy ruszał pierwszy sezon po przerwie, nie brałem udziału w castingach, ale chciałem pooglądać, jak to będzie wyglądać, by spróbować swoich sił ewentualnie w drugiej edycji. Tak też zrobiłem. Zachęciła mnie przede wszystkim ta wolność wyboru tego, co chce się zaprezentować przed jury i kamerami. Ja zawsze lubiłem działać „w ramach mojego świata” i prezentować siebie tak, jak mi w duszy gra. I taką możliwość dostałem. Wykonałem piosenkę, którą bardzo chciałem zaśpiewać, bo jest to dla mnie utwór bardzo nostalgiczny, wiążący się z masą wspomnień. Moim marzeniem zawsze było zaprezentować ten utwór na dużej scenie. Myśląc perspektywicznie, mam ogromną nadzieję, że jeśli uda mi się przejść dalej, będę miał szansę pokazać swoją muzykę w fajnych aranżacjach z bandem. To jest moje marzenie - zaprezentować autorski materiał, który wciąż tworzę i który jest już praktycznie gotowy, by pójść w świat. Więc największą zachętą była właśnie ta wolność wyboru i możliwość pokazania siebie dokładnie tak, jak się to zaplanowało.
Poruszyłeś nie tylko widzów, ale i jurorów. Jak zareagowałeś na ich opinie? Zależało ci szczególnie na czyimś zdaniu?
- Zależało mi na opinii każdego z nich jako ludzi i muzyków, bo śledzę poczynania każdego z jurorów. Myślę, że każda z tych ocen była bardzo wartościowa, ale jedna szczególnie zapadła mi w pamięć. Obawiałem się najbardziej opinii Miłosza, który czasem bywa krytyczny wobec uczestników, ale jego zdanie było bardzo pozytywne, co mnie zaskoczyło. Kiedy zobaczyłem, że Natalia ma łzy w oczach i próbuje „ogarnąć się” po występie, poczułem, że udało mi się przekazać te emocje, na których mi zależało. Bardzo wzruszającą rzecz powiedział na koniec Sebastian Karpiel-Bułecka. Stwierdził, że ten występ przenosi do innego świata, z którego nie chce się wracać. Dodał też, że „tata byłby ze mnie dumny”. To sprawiło, że i mnie ta łezka w oku się zakręciła. Właściwie kręciła się już po zakończeniu występu - byłem na skraju rozpłakania się, ale starałem się trzymać silny na scenie.
A jak wygląda casting do Must Be The Music?
- Na początku trzeba zgłosić się przez precasting internetowy. Jeśli zostaniesz zaproszony na precasting stacjonarny w jednym z miast Polski, trzeba się tam stawić z rana, zarejestrować i czekać na swoją kolej. Tam uczestników przesłuchuje komisja, przeprowadza rozmowę, słucha wykonawców i zespołów, a następnie czeka się na informację zwrotną. Trochę jak z rozmową kwalifikacyjną. Jeśli uda się przejść dalej i dostać szansę występu przed jury w studiu Polsatu, wyznaczany jest konkretny dzień, ustala się repertuar i następuje nagranie. Dochodzą do tego wywiady, nagrywanie rolek do mediów społecznościowych itd., więc cały dzień jest pełen aktywności. Na samym końcu następuje najważniejsza rzecz - występ i werdykt. Tak wygląda ta droga od A do Z.
Tobiasz Fejdasz a reakcja uczniów na jego udział w programie
Na co dzień pracujesz jako nauczyciel języka angielskiego. Jak to wszystko łączysz?
- Znalezienie balansu to trudne zadanie, bo te dwie prace dość mocno różnią się swoją specyfiką. Udaje mi się to jednak robić. Teraz mamy okres świąteczny, więc jest trochę więcej wolności od pracy zawodowej i można więcej czasu poświęcać muzyce. Zwykle jednak wygląda to tak, że po prostu kończę lekcje, przychodzę do domu i wtedy siadam do pianina. Tworzę, nagrywam, ogarniam tematy muzyczne po pracy, a czasem nawet przed nią, jeśli mam zajęcia na późniejszą godzinę. Muszę sobie ten czas na muzykę po prostu wyegzekwować. Oczywiście chciałbym mieć go więcej, by skupić się tylko na tym - wtedy na pewno produktywność byłaby większa. Na tym etapie udaje mi się jednak te zajęcia łączyć. Jest to dla mnie pewna odskocznia psychiczna, którą postrzegam jako swoistą terapię. A to, że mogą z tego wyjść bardzo fajne rzeczy, jest po prostu świetnym rezultatem tej odskoczni.
Jak na Twój występ zareagowali w sumie Twoi koledzy z pracy i uczniowie?
- Spotkałem się z bardzo fajnym odzewem. Przez długi czas musiałem trzymać to w tajemnicy, więc gdy dowiedzieli się, że wystąpię, wszyscy byli bardzo poruszeni. Uczniowie wykazali się ogromnym entuzjazmem i zaangażowaniem - wspierali mnie, rozprzestrzeniali informację o występie, głosowali w aplikacji, dawali serduszka i komentowali. Jestem im za to ogromnie wdzięczny. Współpracownicy reagowali tak samo. Musiałem przeprowadzić mnóstwo rozmów, dostałem masę pytań o to, jak to wszystko wygląda. Mówiłem tyle, ile mogłem powiedzieć. Na werdykt musieli czekać aż do ubiegłego piątku. Dostałem też wiadomości od rodziców uczniów. Były one w całości pozytywne - same gratulacje i słowa wsparcia. Jeśli ktoś śledził moje media społecznościowe już wcześniej, to wiedział, że zajmuję się muzyką, więc pewnie nie było to aż takim zaskoczeniem, że prędzej czy później pojawię się w jakimś talent show. Zarówno od współpracowników, uczniów, jak i ich rodziców dostałem bardzo dużo dobrej energii. Dodało mi to „kopa”. Poczułem, że skoro mi tak kibicują, to po prostu muszą mnie lubić. To mnie bardzo cieszy.