Spis treści
"Sanatorium Miłości 8" to popularny format TVP, który przyciąga miliony widzów przed telewizory i streamingi. Nic dziwnego, losy seniorów szukających miłość oraz przyjaźń potrafią poruszyć nawet najtwardszych Polaków. W 8 sezonie pojawiło się kilka barwnych postaci, jednak z najbardziej lubianych uczestniczek jest zdecydowanie Lilla. Kobieta sporo przeszła w życiu, ale jednoczenie nie ukrywa tego, że doskonale zna swoją wartość. W rozmowie z VOX FM postanowiła opowiedzieć o swojej przygodzie w Sanatorium Miłości.
Lilla a udział w Sanatorium Miłości
Paula Dąbrowska: Jak znalazła się Pani w Sanatorium Miłości?
Lilla: - Oglądałam Sanatorium Miłości z przyjaciółmi. Pod koniec jednego z odcinków pokazała się ankieta, więc ją wypełniłam. I tak to się zaczęło. Właściwie wysłałam ją dla żartu. Pomyślałam, że przy tylu chętnych wątpię, bym się dostała.
Jak wyglądał casting?
- Najpierw zadzwoniono do mnie z prośbą, bym nagrała filmik z odpowiedziami. Następnie była rozmowa telefoniczna, aż w końcu zostałam zaproszona do Warszawy na casting z reżyserką, panią Alicją. Po nim mieliśmy rozmowę z psychologiem. Później dostałam powiadomienie, że muszę zrobić cały zestaw badań. No i wreszcie przyszła wiadomość, że jadę.
I jak Pani zareagowała na to, że Pani jedzie?
- Żart żartem, kiedy wysyłałam ankietę, ale gdzieś wewnętrznie od początku czułam, że i tak będę w programie.
Lilla i Barbara tworzyły "specyficzny duet"
Jakie towarzyszyły pani emocje przy wejściu do programu?
- Tak naprawdę dotarło to do mnie, jak tylko podeszłam do Barbary (śmiech). Kiedy ją usłyszałam, już wiedziałam, że jestem w programie. Dziewczęta, które przychodziły kolejno, były fajne, zgrabne, ale ja się tym nie przejmowałam. Po prostu wiem, co sobą reprezentuję. Potrafię zajrzeć w lusterko, obejrzeć siebie i wiem, na co mnie stać. Oczywiście, że przyszły świetne dziewczyny, ale ja tam pojechałam przede wszystkim po to, żeby się dobrze bawić.
Ekipę mieliście bardzo fajną.
- Tak, dobraliśmy się od samego początku, właściwie od pierwszego wieczora. Usiedliśmy w altance, porozmawialiśmy - to był taki wieczorek zapoznawczy. Każdy z nas coś o sobie opowiedział, jednego wieczoru, potem drugiego. Praktycznie wszyscy się uzewnętrznili i poczuliśmy do siebie taką koleżeńską więź.
Nie ukrywajmy, że była jedna osoba, która troszkę uprzykrzyła Pani życie.
- Barbara... Barbara od samego początku zatruwała mi życie. Właściwie to miałam przez nią zatrute całe dziesięć dni. To była bardzo poważna sprawa. Towarzystwo się od nas odcięło, wszyscy zamykali się praktycznie na klucz w swoich pokojach. Gdy nie mieliśmy nagrań, zostawałam z nią sama w czterech ścianach. To była katorga. Dobrze, że umiałam się od niej odseparować. Nie będę tu używać brzydkich słów i ciągle narzekać.
Czy produkcja jakoś interweniowała?
- Produkcja z nią rozmawiała, było kilka takich rozmów. Pokazali tylko jedną, a tych ważnych było cztery. Zdarzały się też sytuacje, gdy wyciągali Barbarę z nagrań. Jedna bardzo poważna wynikła, kiedy siedzieliśmy w świetlicy i nagrywaliśmy nasze zwierzenia przy zdjęciach. Musieliśmy całkowicie przerwać nagranie, Barbara została odwołana na bok i jej tłumaczono. Ale cóż, wracała na salę ze zdwojoną siłą. Cokolwiek by nie robiła, wracała jak bumerang, z jeszcze większym powerem. Po czwartym dniu poruszyłam wszystkich, bo już nie wytrzymywałam.
Barbara odchodzi - jak to dokładnie wyglądało?
Ona wychodziła przez dwa dni. Ósmego dnia, po spacerze z kijkami, rano zrobiła karczemną awanturę, że ktoś ukradł jej buty. Ona myślała, że myśmy specjalnie je schowali, a one leżały w drugiej szafie. Ona przez to poszła na ten marsz w gumowcach! Kiedy wróciliśmy, rzucała się już na nas wszystkich. Zanim poszliśmy na zabawę, do naszego pokoju przyszła Bożenka. Basia akurat się rzucała, że ona już wychodzi, to był ten ósmy dzień, pakowała się. Bożenka mówi do niej: „Basiu, słuchaj, doszliśmy wszyscy do wniosku, że chcę ci jeszcze pomóc”. Stałam z boku i słuchałam, myśląc, że może zaproponuje jej psychologa czy coś w tym stylu. A Bożenka mówi: „Zabieram cię do naszego pokoju”. Powiem pani, że osunęłam się o drzwi. Naprawdę. Pomyślałam: „Co oni robią?”. Miała już wyjść, a oni ją zatrzymują. Ale to był jeszcze gest podania ręki.
A rozmowa z Martą Manowską o jej odejściu?
- Takich spotkań było trzy albo cztery. To nie odbyło się za jednym razem. Produkcja pokazała tylko to, co było najłagodniejsze. W pewnym momencie Barbara powiedziała, że nie wychodzi, bo to jest przedszkole i ona się tu dobrze bawi. W tym ostatnim dniu, który pokazali, wybrali tylko najlepsze ujęcia z Basią. Matko, nie spodziewałam się, że to tak wyglądało.
Nowa koleżanka i randka z Heniem
Jak zareagowała Pani na nową koleżankę, Anię?
- Wiedziałam, że dostanę nową lokatorkę do pokoju, bo taka jest zasada programu - w pokojach jesteśmy po dwie osoby, więc to było pewne na 100%. Zresztą, wracając jeszcze do sytuacji z Basią, pojawiały się głosy, że mogli dać ją do „jedynki”. Ja też mówiłam, że nie, bo w tym programie nie ma pokoi jednoosobowych. Format zakłada, że w pokojach są albo dwie kobiety, albo dwóch mężczyzn, i tego się nie da zmienić.
Poza tym Zbyszek od razu na początku zrobił gafę. Będąc na stołówce, zaprosił Anię, żeby usiadła blisko niego, na miejscu Bożenki. Bożenka zresztą w odcinku dwa razy poruszała ten temat. Była bardzo zawiedziona, że wchodzi nowa osoba i w sumie od razu zajęła jej miejsce.
A randka z Heniem? Internet pozytywnie zareagował na Pani podejście.
- Do wielu rzeczy, nawet do takich sytuacji, podchodzę z uśmiechem na twarzy. Chociaż musiałam się grubo zastanowić, bo czasem jestem takim niewypałem, że boję się, by czegoś nie palnąć. No i tak palnęłam, że „udała nam się randka”, prawda? Wydaje mi się, że właśnie dlatego, że podeszłam do tego humorystycznie, na luzie, to reszta też skwitowała to uśmiechem. I to było fajne, mimo że dla mnie wcale nie było to przyjemne. To było po prostu zimne doświadczenie, nazwijmy to tak.
Dodam jeszcze, że tego dnia było bardzo gorąco, a woda okazała się strasznie zimna. Doznałam szoku termicznego i to trwało dość długo, dobrze, że to wycięli. Nie mogłam dojść do siebie. Dopiero po chwili, kiedy emocje opadły, nastąpiła moja reakcja i padły te słowa, że „udała nam się randka jak skur****”. Obiłam sobie biodro, a potem okazało się, że kolano też było dość skiereszowane - nie wiem, czy o kamienie, czy o kajak. Nie zwracałam już na to uwagi, nie było co się nad tym zastanawiać. Mam czasem takie dziwne przeczucia i już wcześniej czułam, że coś z tego będzie. Dlatego podeszłam do tego z uśmiechem na twarzy, bo uznałam, że tak po prostu miało być.
"Sanatorium Miłości" po nagraniach
Utrzymuje Pani kontakt, daje z ludźmi Sanatorium Miłości?
- Tak. Nie widujemy się często, bo każdy jest z innego miejsca, ale spotykamy się na kamerce. Czasami robimy nawet telekonferencje, gdzie rozmawia osiem, dziesięć osób. To piękne. Oczywiście, mamy kontakt. Teraz trochę się urwał, przynajmniej ten na kamerkach, wiadomo - święta, każdy miał swoje obowiązki. Ale myślę, że któregoś pięknego dnia znowu się odezwiemy. Rozmawiam ze wszystkimi dziewczynami. Z panami też, mam kontakt z oboma Heńkami, czasami dzwoni do mnie Mike. Zaczęłam też utrzymywać kontakty z uczestnikami innych edycji.