Spis treści
Ósma edycja „Sanatorium Miłości” to absolutny hit TVP, który gromadzi przed ekranami wielomilionową publiczność. Widzowie pokochali format za autentyczne historie seniorów, w których nie brakuje wzruszeń i poszukiwania głębokich uczuć. W najnowszym sezonie serca Polaków skradła Lilla - postać niezwykle barwna, która mimo trudnej przeszłości, emanuje pewnością siebie. O kulisach udziału w programie opowiedziała niedawno w rozmowie z Radiem VOX FM.
Dzieciństwo Lilli z Sanatorium Miłości
Paula Dąbrowska: Nie miała Pani łatwego dzieciństwa…
Lilla: Było ciężko. Przyjechaliśmy z Kielc, z biednych terenów. Ciocia w Sosnowcu, jak to się wtedy mówiło „odstąpiła” nam pokój w swojej kamienicy. Mieszkaliśmy w czwórkę na 16 metrach kwadratowych, bo gdy miałam 7 lat, urodził się mój brat. Przez 10 lat tam mieszkaliśmy. Nie było za wesoło. Kran z wodą i ubikacja były na korytarzu. To nie były czasy, że miało się łazienkę w mieszkaniu. Ale życie było naprawdę fantastyczne. Byliśmy wesołymi dziećmi. Człowiek umiał się cieszyć z każdego kamyka, kwiatuszka, z byle czego. Pamiętam, jak na Boże Narodzenie dostałam pod choinkę wrotki. Jezu, co to była za radość! Zimą jeździłam w nich po śniegu, bo to było coś pięknego. Dobre cukierki czy czekoladę jadło się po piętnastym, bo wtedy była wypłata. Piętnasty to był faktycznie, jak to się dziś mówi, dzień Matki Boskiej Pieniężnej. Cieszyliśmy się ze świąt, bo rodzice starali się, żeby były bogate, żeby były jakieś czekoladki, cukierki. Dzisiejsze dzieci nie potrafią się z tego cieszyć, a my cieszyliśmy się z każdego cukierka.
Opowiadała Pani w programie o swojej relacji z mamą, że ona była, nie ukrywajmy, dosyć ciężka.
Tak, z moją mamą zawsze było ciężko. Pamiętam takie sytuacje, gdy chciałam się czegoś nauczyć. Od najmłodszych lat lubiłam robić coś na drutach czy szydełku. Moja mama dużo dziergała, więc prosiłam ją o pomoc. Mówiła: „Patrz, przyglądaj się i się ucz”. Nie było tak, że weźmie w rękę i pokaże. Nie. „Patrz, co ja robię i się ucz”. Tato też uczył mnie raczej surowego życia. Pamiętam, że koleżanki miały lepiej, w ich domach było więcej pieniędzy. Ja byłam dzieckiem z rodziny robotniczej. Nieraz było ciężko, tak jak opowiadała Tereska. Jadło się chleb z margaryną albo polewało wodą i posypywało cukrem. Moja mama była bardzo oszczędną osobą. Jak odłożyła gdzieś 50 zł, a na tamte czasy to była kupa forsy - to nie rozmieniła tych pieniędzy, nawet jeśli do wypłaty brakowało dwóch dni. Był chleb, lało się wodę i jadło z cukrem. Trzeba było oszczędzać. Jezu, a jak był smalec z cebulą, to jakie to było święto! Pamiętam, jak raz otworzyłam koncentrat pomidorowy. Dostałam po łapach, bo zrobiłam sobie chleb z margaryną i tymi pomidorami zimą. Usłyszałam: „To jest do zupy, a nie do jedzenia na chlebie!”.
Miała Pani konkretny pomysł na siebie, ale to za dziecka nie wyszło. Podzieli się Pani szczegółami?
Moja mama wiele rzeczy we mnie zdusiła. W mojej rodzinie ze strony babci były zdolności muzyczne. Ciocia Boguna grała na akordeonie i strasznie mi się to podobało. Uwielbiałam jej grę i bardzo chciałam też grać. To były moje pierwsze artystyczne zakusy. Oczywiście od razu dostałam, za przeproszeniem, w łeb. „Nie, nie, nie, nie tędy droga, nie ma na to pieniędzy. Poza tym źle się uczysz. Jak będziesz się uczyć lepiej, to może pomyślimy”. I tak pierwsze marzenie poszło do lamusa.
Potem pojawił się pomysł szkoły plastycznej. Nauczycielki wzywały mamę do szkoły, bo cokolwiek wzięłam w ręce, wychodziło mi. Na zajęciach technicznych szyłyśmy ubranka dla lalek. Uszyłam taki fartuszek-krzyżaczek, jakie wtedy nosiłyśmy. Nauczycielka kazała mi przyjść z mamą, bo stwierdziła, że kłamię, że sama go uszyłam. Moja mama potwierdziła, że nawet palca przy tym nie dołożyła.
Naprawdę mam do wielu rzeczy zdolności. Innym dzieciom lepiej się powodziło, miały rowery kupione w sklepie. Mój tato kochał mnie naprawdę ponad życie, byłam jego kochaną córunią. Gdyby mógł, to by mi gwiazdkę z nieba ściągnął. A jak nie mógł kupić, to poszedł na złom, powyciągał jakieś części i zrobił mi „składaka”. Był ślusarzem, więc potrafił. Byłam przeszczęśliwa, bo miałam swój rower. Nieważne, że rama była za wysoka. A że byłam harpaganem i bawiłam się głównie z chłopakami, to zawsze gdzieś się oponę rozdarło, dętka poszła. Tata raz, drugi, trzeci mi ją naprawił. W końcu któregoś razu mówię: „Tatuś, nie mam powietrza w kole”. A on na to: „Jak sobie zepsułaś, to sobie napraw”. Miałam wtedy z 10, może 12 lat. Na podwórku stały takie komórki. Wzięłam narzędzia, tak jak tatuś, rozebrałam koło, wyciągnęłam dętkę, przyniosłam wodę w miednicy i te łatki. Tata wraca z huty, a ja siedzę na podwórku. Pyta: „A ty co robisz?”. Odpowiadam: „No jak to co? Kazałeś mi naprawić, to naprawiam”. I od tamtego czasu wiele rzeczy robiłam już sama.
Ale haftowanie też jest Pani bliskie...
Na casting poszłam w haftowanych jeansach-dzwonach, ale to haft maszynowy. A kiedyś miałam cały strój wyhaftowany ręcznie: spodnie, kamizelkę, którą sama uszyłam, a nawet na butach naszyłam łatkę i ją wyhaftowałam. Jak poszłam tak do szkoły, to mówili: „O, ta biedna przyszła”. A ja miałam wszystko jak z Pewexu! Haftowałam sweterki, serwetki. Pamiętam, modne były takie pudle robione z prutych nylonowych worków, które nakładało się na butelki. Zrobiłam takiego pieska i zaniosłam nauczycielce w prezencie. Zawsze taka byłam.
Ta historia z rzeźnikiem wydaje się ciekawa!
Jestem rzeźnikiem z wykształcenia. Skończyłam zawodówkę masarską z wyróżnieniem. Moja wychowawczyni od razu złożyła mi papiery do technikum i powiedziała: „Nie waż się go nie skończyć”. Matury nie zrobiłam, ale obroniłam tytuł. Jestem technikiem-technologiem rolno-spożywczym o specjalności przetwórstwo mięsa. W tamtych czasach byłam już wysoko usytuowana. W zakładach mięsnych przeszłam praktycznie wszystkie wydziały, a po szkole wylądowałam w magazynie odzieżowym, co było już wyższą rangą. Miałam swój magazyn i pracowników pod sobą. Byłam już szychą.
Oba małżeństwa Lilli kończyły się tragicznie
I gdzieś tam pomiędzy się pojawiły dwa, dobrze pamiętam, małżeństwa?
Tak. Pierwszy raz wyszłam za mąż w wieku 18 lat. Chłopcy się pojawiali, ale nie byli zbyt wartościowi. W pewnym momencie na horyzoncie pojawił się brat mojego sąsiada. Zaczął do nas przychodzić, ale mi to nie pasowało - on wchodził do mieszkania, a ja wychodziłam. Ale moja mama, jak każda matka, chciała dla swojego dziecka lepszego startu w życie, niż sama miała. Tak to sobie teraz tłumaczę. I tak mnie namówiła na ten ślub. Wyszłam za Jurka, mojego pierwszego męża, bez miłości, z rozpaczy.
Wszystko zaczęło się knocić od razu. Ślub cywilny mieliśmy w październiku 1979 roku, a kościelny w styczniu 1980. Kiedyś tak się robiło, nie zawsze dało się załatwić oba naraz. Problemy zaczęły się już na ślubie cywilnym. Mieszkałam w Sosnowcu u rodziców, a mąż na podkrakowskiej wsi u swoich. Spotykaliśmy się raz na dwa, trzy tygodnie. To było weekendowe małżeństwo. Okazało się, że mąż jest niezdolny do współżycia. Po trzech latach ciągłych utarczek i kłopotów tłumaczyłam mu: „Chodź, pójdziemy do lekarza tutaj, w mieście, nikt nie będzie wiedział”. A on na to: „Nie, to ty idź do lekarza, to ty jesteś chora”.
W końcu się wściekłam i wniosłam o rozwód cywilny. I może na tym by się skończyło, gdyby nie teściowa, która zaczęła mieć do mnie pretensje, że to wszystko moja wina. Powiedziałam: „To ja wam udowodnię”. I przez kolejne cztery lata prowadziłam sprawę o unieważnienie ślubu kościelnego w sądzie biskupim w Częstochowie. Rodzice różnie do tego podchodzili. Mama, która była despotką, uważała, że to moja wina, bo jestem oporna i na wszystko mam swoje „nie”. Mówiłam: „Trudno, jak tak uważasz, niech tak będzie”. W końcu udało mi się doprowadzić sprawę do końca. Straciłam siedem lat życia.
A historia z drugim mężem?
Koleżanka jechała do sanatorium i mówi: „Słuchaj, mam wolny bilet, jedź ze mną”. Pani doktor zakładowa dała mi zwolnienie i pojechałam do Długopola-Zdroju. Tam poznałam pewnego pana, który zawrócił mi w głowie. Gdyby moja mama miała dzisiejszą mądrość i powiedziała: „Pożyj sobie, poużywaj i wróć do domu”, może byłoby inaczej. Ale oczywiście zrobiła z tego wielką wojnę, bo już znalazła następnego kandydata, z którym chciała mnie żenić. Powiedziałam: „Nie, więcej mnie żenić nie będziesz. Mam swoje lata, nie jestem krową na sprzedaż”. I w ten sposób poszłam w świat za moim drugim mężem. A że w tamtych czasach nie żyło się na kocią łapę, wzięliśmy ślub dość szybko. To był niewypał z mojej strony, na zasadzie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”.
To małżeństwo też nie było idealne. Pierwsze cztery lata jakoś się trzymały. Pierwszy rok był w ogóle fajny. Drugi, kiedy na świecie pojawiła się córka, też jeszcze nie był zły. Chociaż on, już gdy byłam w ciąży, zapowiedział, że nie chciał mieć dzieci, bo miał już swoje, dorosłe. Odpowiedziałam: „Słuchaj, ale ja jestem młodą kobietą i chcę mieć dzieci”. Nie podobało mu się to, ale jakoś to przyjął. Potem zaczęły się problemy, zmiany mieszkań. Był kierownikiem GS-u i gdzie podupadała piekarnia, tam nas przerzucali, żeby ją podciągnął. Przez pierwsze cztery lata zmienialiśmy mieszkania co roku. Czasem nie zdążyłam się rozpakować, a już pakowałam się do następnego. Potem ściągnął do nas swojego starszego syna, więc problemy narosły, a z nimi kolejne ciąże i kłopoty.
I pojawiły problemy…
Zaczęło się ustawianie mi życia. Musiałam mieć plany na dziś, na jutro, na cały tydzień. Musiałam mieć rozpisane, co zamierzamy zrobić. Musiałam wiedzieć, co mam w lodówce i co mogę z tego ugotować. Proponowałam mężowi obiad, a jak mu nie pasowało, to po prostu wychodził z domu i zostawiał mnie z tym wszystkim. Kiedy moja córka trochę podrosła, zaczęło się jej szkolenie. Jak można kazać trzylatce pościelić tapczan? Kiedy mówiłam, że nie ma takiej opcji, zaczęłam dostawać w twarz. Zaczęło się też chodzenie do konkretnych pań od towarzystwa. I tak właśnie to życie zaczęło się psuć
W końcu postanowiła Pani z córką uciec…
Uciekłam raz, ale uprosił mnie i ubłagał. Mówił, że wie, co zrobił i jak to naprawić. No i wróciłam do domu. Urodziłam syna i wtedy już w ogóle się porobiło. To nie było życie, to była katorga pod każdym względem. Coraz częściej startował do mnie z rękami, nieraz po uderzeniu traciłam przytomność. Pewnego pięknego razu, kiedy już nie wytrzymałam, skatował mnie. Ale nie byłam mu dłużna, oddałam, ile mogłam. Po tej sytuacji rzuciłam kluczami, spakowałam dzieci i powiedziałam: „Dość. Nikt więcej nie będzie się nade mną wyżywał”.
A jak to przeżyły dzieci?
Był taki okres, kiedy nie było za ciekawie. Mój syn jest dosyć opornym chłopakiem, poza tym był wychowywany przez dwie kobiety, więc po części go rozumiem. Dopóki sam nie został ojcem, wielu rzeczy nie rozumiał. Dopiero wtedy zaczął patrzeć na wszystko innymi oczami. I któregoś razu powiedział mi: „Mamo, szacun za to, co dla nas zrobiłaś”.
Rodzina Lilli po trudnych czasach. Oczkiem w głowie jest jej wnuczka
A jak potoczył się los Pani dzieci?
Jestem z nich dumna. Córka mieszka teraz w Tajlandii, wcześniej przez 15 lat mieszkała w Holandii. Ma męża Polaka, bardzo dobrego. Kocham ich ponad życie. Zresztą ja chyba bardziej kocham te „drugie” dzieci, czyli syna i synową. Chociaż moja synowa nie jest taką prawdziwą synową, bo ślubu nie wzięli. Ona zawsze się z tego śmieje. Mamy bardzo dobry kontakt, bo długo ze mną mieszkała, przyszła do nas, gdy miała 17 lat. Synowa wie, że zawsze staję w jej obronie i ma ze mnie więcej pociechy niż z własnej mamy.
Czyli przy okazji rozpieszcza Pani wnuczkę?
Wnuczka to wie, że jak tylko babcia jest na miejscu, to jest cała dla niej. Mieszkają koło Bielska, więc zawsze po nią jadę na weekend. Pierwsze co, jak tylko wsiądzie do samochodu, to mówi: „Babcia, ty wiesz, że zostaję u ciebie do jutra”. Nie ma dwóch zdań. Syn ma jakieś dąsy, ale ona musi zostać przynajmniej na jedną noc. Nie mówiąc o tym, że uwielbia przyjeżdżać do babci na dłużej. Ona wie, że babcia uchyliłaby jej nieba. Lalki Barbie ma obszyte, porcelanki porobione - wszystko, co tylko możliwe.
